“To prawda bolesna, lecz ważna. Na jej poznanie straciliśmy nadzieję”
„Babcia cały czas szukała dziadka. Do śmierci miała nadzieję, że go znajdzie, że gdzieś jest i wróci. Ale nie wrócił”. Aleksy Łobaczewski został wywieziony w trakcie Powstania Warszawskiego do niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych. Zmarł krótko przed końcem wojny. Pozostał po nim zegarek kieszonkowy, który musiał oddać do depozytu w dniu uwięzienia w obozie.
Dzięki poszukiwaniom prowadzonym w ramach kampanii „Powstanie Warszawskie. Nieznane historie”, a także przygotowanej w związku z rocznicą tragedii w Zatoce Lubeckiej publikacji, która ukazała się na stronach Deutsche Welle (zobacz artykuł), odnaleźli się krewni Aleksego Łobaczewskiego, a także udało się odtworzyć jego tragiczne losy.
3 marca 2026 roku w Lublinie doszło do spotkania rodziny z pracownikami Arolsen Archives oraz autorami publikacji. To właśnie wtedy ostatnia pamiątka po dziadku została przekazana na ręce wnuków – Dariusza Frączka, Piotra Frączka i Tomasza Fajera – wraz z kopiami dokumentów, jakie zachowały się w archiwum. Wszystko to dzięki zainteresowaniu rodzinną historią pani Eweliny Kozioł.
Aleksy Łobaczewski urodził się 14 maja 1908 roku w miejscowości Kowel, na terenie obecnej Ukrainy. Tam wychował się i założył rodzinę. Z żoną Feliksą mieli trzy córki – Halinę i dwie Marie. Jedna z Marii zmarła w wieku dziecięcym. Wybuch wojny doprowadził niestety do rozdzielenia się rodziny. Aleksy wyjechał z Kowla i przedostał się do Warszawy. Nigdy więcej nie spotkał się z żoną i dziećmi. Nie wiadomo, kiedy dokładnie dotarł do Warszawy, ale wiadomo, że był w stolicy w trakcie Powstania Warszawskiego.
Feliksa wraz z córkami również opuściła rodzinną miejscowość. Z powojennych opowieści babci wiadomo, że sprzedała oficerki męża, by móc przedostać się z dziećmi przez granicę. Jak wspominają krewni, udała się wtedy prawdopodobnie do Lublina.
Sam Kowel pozostaje żywy w pamięci rodziny. Na jednej z zachowanych fotografii można zobaczyć rodzinę na meczu piłki nożnej, jaki odbywał się latem tuż przed wybuchem wojny. Są na tej fotografii Aleksy z Feliksą, małą Haliną, a także najmłodszym bratem Feliksy.
To właśnie najmłodszy brat wracał wielokrotnie po wojnie do rodzinnego miasteczka. – Mój tata jeździł do Kowla. Tata, czyli brat Feliksy, szwagier Aleksego. Ale jakichś szczególnych opowieści stamtąd nie pamiętam – mówi Agnieszka Trawińska.
Z Warszawy do obozu koncentracyjnego
Aleksy przebywał w Warszawie w trakcie Powstania Warszawskiego. 31 sierpnia 1944 roku został zatrzymany i wywieziony do obozu koncentracyjnego Stutthof, a już 4 września do KL Neuengamme. Tam został przydzielony do podobozu Hamburg-Steinwerder, czyli do ciężkiej pracy w stoczni Blohm & Voss.
Niemcy planowali zwiększyć produkcję okrętów podwodnych. Dlatego też pozyskiwali do pracy w stoczniach więźniów. Jak wynika z relacji ocalonych, w stoczni regularnie znęcano się nad więźniami. Podobóz Blohm & Voss miał bardzo wysoki wskaźnik śmiertelności.
12 kwietnia 1945 r. SS ewakuowało obóz satelitarny i przetransportowało więźniów z powrotem do głównego obozu Neuengamme. Osiem dni później rozpoczęła się ewakuacja KL Neuengamme. Tysiące więźniów przewieziono wtedy nad Zatokę Lubecką, by tam umieścić ich na pokładach trzech pasażerowców, w tym „Cap Arcony”, wcześniej luksusowego statku, później pływającego obozu koncentracyjnego. Wśród tych osób był Aleksy.
Śmierć na „Cap Arconie”
Z zachowanych w Arolsen Archives dokumentów wynika, że mężczyzna zmarł na pokładzie parowca „Cap Arcona” 2 maja 1945 r. – w akcie zgonu wpisano godzinę 15.20. Dzień później doszło do omyłkowego bombardowania statków z więźniami przez brytyjskie lotnictwo. Wiele tysięcy więźniów, którzy przeżyli piekło niemieckich obozów, straciło życie z rąk wyzwolicieli, którzy myśleli, że bombardują statki pełne niemieckich żołnierzy. Jego ciało zostało złożone w mogile zbiorowej na cmentarzu komunalnym w Neustadt in Holstein.
Zabrany mu przez Niemców w obozie koncentracyjnym zegarek ocalał wraz z innymi przedmiotami odnalezionymi w kryjówce w miejscowości Lunden.
Feliksa nie wiedziała, co stało się z Aleksym.
„Do śmierci miała nadzieję, że go znajdzie”
„Z tego, co wiem, to babcia wysyłała do Polskiego Czerwonego Krzyża listy przez kilkanaście lat. I zawsze odpowiedzi były odmowne, że nieznany, zaginiony, nie ma…” – wspomina Tomasz Fajer, jeden z wnuków Aleksego i Feliksy.
„Cały czas szukała. Do śmierci miała nadzieję, że go znajdzie, że gdzieś jest i wróci. Ale nie wrócił” – dodaje.
O tym, co się stało z Aleksym zdążyła się dowiedzieć jedna z jego córek – Maria. Dowiedziała się również, że po tacie zachował się zegarek. Niestety jej stan zdrowia nie pozwolił na zorganizowanie spotkania rok temu.
Nieznana pamiątka
„Najważniejsze, że mama zdążyła się dowiedzieć o zegarku. W tamtym roku nam zmarła. Szkoda, że nie mogła być tutaj z nami. Poszła do szpitala zdrowa i już więcej z niego nie wyszła” – mówi Dariusz Frączek, syn Marii.
Siostra Marii, Halina Łobaczewska-Fajer, zmarła wiele lat wcześniej. Nie dowiedziała się, jaki los spotkał jej tatę. „Żałuję, że mama nie dowiedziała się, że się odnalazł, gdzie został pochowany” – mówi drugi wnuk, Tomasz, syn Haliny.
„Dobrze, że się znalazł ten zegarek. Będzie jakaś tradycja rodzinna, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Taką mam nadzieję” – dodaje.
„Nie wiemy nawet, w jaki sposób dostał się w ręce mojego dziadka. Czy to był prezent, czy kupił go – jaką on miał dla niego wartość sentymentalną. Podejrzewam, że bardzo dużą, jeśli go zatrzymał, mimo wszystkich przeciwności. Podejrzewam, że to był prezent od babci, że dostał go na jakąś rocznicę ślubu” – mówi Tomasz Fajer.
Jak zauważa wnuk, Aleksy nie pozbył się zegarka w trudnych, wojennych czasach. „Trzymał go cały czas. Gdyby nie był nic warty, poza wartością materialną, to, podejrzewam, dawno by go wymienił na jedzenie, ciepły koc, czy na cokolwiek, dzięki czemu łatwiej byłoby mu przetrwać” – dodaje.
Niedopowiedziana historia
„Będąc na cmentarzu przy symbolicznym grobie Aleksego Łobaczewskiego i widząc datę 1944, do której wszyscy jesteśmy emocjonalnie nastawieni, zaczęłam się zastanawiać, czy ta historia jest dopowiedziana do końca” – opowiada Ewelina Kozioł. „Kilka dni później znalazłam się z moim narzeczonym, który łączy mnie z tą rodziną, w Muzeum Miasta Warszawy, gdzie była wystawa zdjęć Krisa Brauna, przedstawiających ofiary Powstania Warszawskiego, i zaczęłam się zastanawiać, czy wśród tych zdjęć nie ma zdjęcia Aleksego” – dodaje.
„Zaczęłam szukać. Trafiłam po pierwsze na artykuł Deutsche Welle, a także na post Arolsen Archives. Czytając ten artykuł, już nie miałam wątpliwości, że Aleksy Łobaczewski pochodził z Kowla, i że jest to ta sama osoba. A, widząc, że Arolsen Archives poszukują krewnego, by zwrócić mu zegarek, wiedziałam już, że muszę się skontaktować z rodziną, z panem Darkiem i przekazać mu znalezione informacje” – relacjonuje przebieg poszukiwać Ewelina Kozioł.
To zainteresowanie rodzinną historią doprowadziło do poruszającego spotkania w Lublinie, podczas którego rodzina miała szansę poznać lepiej tragiczne, wojenne losy dziadka.
Po wojnie
Jak wspominają bliscy, gdy skończyła się wojna, Feliksa pracowała w Lublinie w pasmanterii – najpierw na Bernardyńskiej, później na Narutowicza w ciągu Delikatesów, a następnie przeszła na emeryturę.
Feliksa zmarła w 1978 roku na zapalenie płuc. „Ja tylko pamiętam, że zmarła, kiedy wybrali papieża Polaka. Z emocji upadła, przed telewizorem. Później jeszcze zapalenie płuc złapała w szpitalu” – opowiada wnuk Tomasz.
Nigdy nie dowiedziała się, co stało się z jej mężem. Do końca wierzyła, że wróci.
„To dla nas bardzo ważne, że udało się odkryć historię dziadka i że jakiś symbol po nim pozostał” – podkreślił Dariusz Frączek.